• Sukcesy w konkursach przedmiotowych
    Sukcesy w konkursach przedmiotowych

    Jesteśmy najlepsi w powiecie w prestiżowych Wojewódzkich Konkursach Przedmiotowych organizowanych przez Kuratora Oświaty. W 2011 r. Minister Edukacji Narodowej nadała szkole tytuł SZKOŁY ODKRYWCÓW TALENTÓW.

  • Wysokie wyniki egzaminu gimnazjalnego
    Wysokie wyniki egzaminu gimnazjalnego

     Nasi uczniowie osiągają wyniki powyżej średniej w kraju, województwie, powiecie i mieście. W ogólnopolskiej skali staninowej dla gimnazjów pozycja szkoły plasuje się najczęściej na poziomie wysokim. 

     

     

     

  • Dlaczego jesteśmy najlepsi?
    Dlaczego jesteśmy najlepsi?

    Oto nasze atuty.

  • Wysoki przyrost wiedzy uczniów
    Wysoki przyrost wiedzy uczniów

    Wysokie wskaźniki EWD i wyniki egzaminów gimnazjalnych dają nam pozycję SZKOŁY SUKCESU - według specjalistów analiz Centralnej Komisji Egzaminacyjnej.

  • Edukacja patriotyczna
    Edukacja patriotyczna

    Troszczymy się nie tylko o prawidłowy rozwój intelektualny naszych uczniów ale też kształtujemy ich postawy patriotyczne. Uczniowie biorą udział w obchodach świąt państwowych i konkursach o tematyce patriotycznej, odwiedzają miejsca pamięci narodowej i uczą się okazywania szacunku do symboli narodowych. 

Smaller Default Larger

Rozdział 1

Gdy wstałam zobaczyłam, że zostało mi 10 minut na wyszykowanie, ponieważ jak zwykle zaspałam. Przebrałam się we wczorajsze ciuchy, zmieniłam jedynie bluzkę, moje czarne loki spięłam w wysoki kucyk. Dotarłam biegiem do szkoły i ledwie zdążyłam, gdyż wszyscy wsiadali już do autokaru. Usiadłam w gronie moich ,,przyjaciółek”, są to najbardziej popularne dziewczyny w całej szkole. Zaprzyjaźniłam się z nimi na początku liceum i szczerze … to trochę tego żałuję. Wcześniej nie byłam zbytnio popularna. Miałam jedną przyjaciółkę Alex, niestety już od dawna nie utrzymujemy kontaktu. Czasem, gdy wpadamy na siebie w szkole rzucamy krótkie ,,cześć” i tyle. Gdy autobus dociera na miejsce biorę swoją torbę i wysiadam. Czuję, że ktoś klepie mnie w ramię odwracam się.

- Umm. Cześć. – mówi. Okazuje się, że jest to chłopak z którym chodzę razem na angielski. Ma ciemne oczy, bladą cerę i ciemnobrązowe włosy.

- Hej, o co chodzi?

- To chyba twoje?- Pokazuje mi mój ukochany naszyjnik, który dostałam od… w sumie nie pamiętam, ale czy to ma znaczenie? Jest to naszyjnik w kształcie łezki zawieszony na srebrnym łańcuszku, który sięga mi, aż za klatkę piersiową.

- Tak dzięki.-Zakładam wisiorek na szyję i chowam go za bluzkę. Mimo, że jest to bardzo piękny wisior to wydaje mi się, że jest trochę, jakby to ująć…za elegancki? Można tak powiedzieć.



Weszliśmy do muzeum usiadłam na ławce przy jednym z posągów, otworzyłam torbę i wyjęłam mój aparat. Ustawiłam się, a gdy już miałam zrobić to idealne zdjęcie w kadr weszły mi moje ,,przyjaciółki”.

- Zrób nam zdjęcie!! - Wykrzyknęły chórem. Westchnęłam i zrobiłam im parę zdjęć, nieszczególnie się do tego przykładając.

Gdy byłam już zmęczona usiadłam na ławce i zamknęłam oczy. Mój naszyjnik poruszył się niespokojnie. Spojrzałam na niego, w tym momencie, w którym cały szklany dach rozsypał się na milion kawałeczków. Ale nie tak normalnie jakby ktoś go potłukł, tylko rozsypał się w tak małe kawałeczki, że przypominał piasek. Wszyscy na sali skulili się lub położyli na podłodze. Tylko ja stałam jak wryta, zbyt przerażona, żeby się ruszyć. Z miejsca, gdzie przed chwilą był dach wyfrunęło pięciu ludzi. Tylko, że to nie byli zwykli ludzie, z głowy wyrastały im czarne rogi a z pleców ogromne czarne skrzydła, które w ruchu na ułamek sekundy zamieniały się w ogień. Wszyscy z nich mieli poważny wyraz twarzy, wręcz przerażający, a ich oczy były czarne jak węgiel. Niektórzy z obecnych wrzasnęli na całe gardło lub tak jak ja wpatrywali się w nie z niedowierzaniem. Kucnęłam na podłodze, by nie zwracać na siebie zbytniej uwagi. Ludzie, a właściwie bardziej stwory, wylądowały na ziemi. Jeden z nich rozejrzał się takim wzrokiem, który dosłownie mógłby spalić żywcem. Nagle stwór odezwał się głosem tak potężnym, że aż zatrzęsła się ziemia. A może mi się wydawało:

- Gdzie ona jest? –Wszyscy milczeli. O co tu chodzi? Ten, zirytowany powtórzył jeszcze głośniej:

- Gdzie ona jest!! Jeśli ją wydacie będziecie bezpieczni, więc powtarzam po raz ostatni, gdzie jest Marja Casella?! –Zatkało mnie, czyżby szukali mnie? Ale ja nie ukradłam żadnego kamienia. Nikt się nie poruszył oprócz mojej ,,kochanej koleżanki” Kornelii.

- To…to ona! -Jedna z moich koleżanek wskazała na mnie palcem, a ja znieruchomiałam. Wzrok wszystkich stworów i ludzi przeniósł się na mnie, a ja miałam ochotę zniknąć, tak jak chyba każdy w takiej sytuacji. Stwór, który wcześniej przemawiał, podleciał do mnie tak szybko, że mój mózg, bo tak posiadam go, nie zdążył nawet tego zarejestrować. Podniósł mnie jedną ręką za podkoszulek i rzucił o ścianę. Wylądowałam obok kopii obrazu Mona Lisy. Ból przeszył moje ciało, poczułam się, jakbym miała połamane żebra. Lecz stworowi najwyraźniej to nie wystarczało, złapał mnie za podkoszulkę i wykrzyknął tak głośno, iż autentycznie myślałam, że bębenki mi pękną: ·

- Oddawaj klejnot!

- Jaki klejnot? - Wychrapałam ledwo słyszalnie. Walnął mną o ścianę, i już miał mną zrzucić, gdy jego wzrok spoczął na moim obojczyku.

- Nie wiesz gdzie jest klejnot? Prawda?

- Nie wiem – Wyszeptałam.

- A to co takiego? – Wyciągnął zza mojej bluzki mój wisiorek. Nic nie odpowiedziałam byłam za słaba, czułam, że tracę przytomność.

- Złodziejka! Przyznaj się skąd go masz.
Znów brak odpowiedzi.
- Skoro znaleźliśmy już klejnot nie jesteś nam potrzebna. Rzucił mną o podłogę i wyjął zza pasa srebrny połyskujący nóż. Wytrzeszczyłam oczy... Byłam przerażona, tak przerażona, że nie mogłam się ruszyć. Gdy się zamachnął zamknęłam oczy, poczułam, że mój wisiorek porusza się, nagle z naszyjnika błysło światło tak jasne, że wszyscy zamknęli oczy, wszyscy tylko nie ja, dla mnie to światło było przyjemne i ciepłe. Cała sala pokryła się rażącym, białym światłem. Zapanowała cisza, a światło z wisiorka zgasło. Stwór, który miał mnie zabić, stał przed mną oszołomiony z nożem w ręku. Gdy uniósł lewą dłoń, w jego ręce na dosłownie sekundę błysnął ogień. Po chwili w sali pojawił się jakiś mężczyzna, był przystojny, miał brązowo czarne włosy, lekko oliwkową cerę. Był ubrany w czarny, elegancki garnitur, nie zwrócił na mnie uwagi, jakbym w ogóle nie istniała. Wszystkie stwory ukłoniły się i jeden z nich powiedział:

- Znaleźliśmy złodziejkę mieliśmy zabrać klejnot ale… klejnot ją ochronił.

- Nonsens ten klejnot może chronić tylko jedną osobę! –Powiedział mężczyzna donośnym głosem lecz w jego głosie było słychać ogromny smutek.

- Panie, co w takim razie mamy zrobić?

- To chyba oczywiste że… - Urwał, bo jego wzrok padł na moją twarz.... Znieruchomiał. Jego oczy zabłysły, a przez twarz przeszedł cień.

- To niemożliwe –Wyszeptał i podszedł do mnie. Ukucnął przy mnie i wytrzeszczył oczy. Na jego twarzy malowała się radość, ulga i złość. Wstał i pociągnął mnie za sobą. Stał naprzeciw mnie wpatrując się we mnie jak w najcudowniejszy obraz, poczułam się niezręcznie. Jednak po chwili w jego oczach zapłonął ogień, nie taki jak u stworów tylko przerażający ogień z głębi najstraszniejszych pieczar.

- Gdzie byłaś przez ten cały czas?! –Wrzasnął i lekko mną potrząsnął.

- Ja… - Złapał mnie za dłoń i uniósł do swojego policzka.

- Nawet nie wiesz jak my… jak ja się martwiłem myślałem, że nie żyjesz.
Teraz to już poczułam, że całą się czerwienię, ta sytuacja była dla mnie naprawdę dziwna i niezręczna.

- Prze…przepraszam, ale chyba mnie z kimś pomyliłeś.

- Co? -Zmarszczył brwi.

- Przykro mi, ale nie wiem kim jesteś. –Starałam się być uprzejma ponieważ nie wiedziałam do czego zdolny jest ten ,,człowiek”. Minęła chwila zanim odpowiedział:

- Jak…jak to możliwe?

- Panie…- Odezwał się jeden ze sług.

- Zamilcz! - Krzyknął, złapał mnie za ramiona i znów potrząsnął, ale ku mojemu zaskoczeniu bardzo delikatnie, jakby trzymał w dłoniach filiżankę z porcelany, którą w każdej chwili można stłuc.

- Choć zabiorę cię do mojego królestwa i tam rozwiążemy twój problem. Wskazał na swoje sługi - Zajmijcie się oczyszczeniem im pamięci i usunięciem wszelkich śladów.

Rozdział 2

Nie zdążyłam nawet zaprotestować, gdyż już znaleźliśmy się w innym miejscu. Byliśmy chyba w jaskini ponieważ nie widziałam słońca, ani chmur, ani w ogóle nieba. Na środku stał ogromny czarny zamek niczym z najbardziej prestiżowego horroru. Byliśmy chyba w ogrodzie, który na swój sposób urzekał. Rosły tu przepiękne czarne róże i krwisto czerwone tulipany, naprzeciw nas stało ogromne drzewo o białej korze i czarnych liściach. W około drzewa unosiła się dziwna mgła. Lekko się zarumieniłam, gdy uświadomiłam sobie, że stoję nieruchoma z otwartą buzią.
- Naprawdę dziwi mnie twoja reakcja, kiedyś bywałaś tu często. – Powiedział mężczyzna. – Z resztą choć zobaczymy, co jest wynikiem twojej amnezji. –Złapał mnie za rękę i pociągnął w stronę drzewa. Pod drzewem stała kobieta była jakieś dziesięć lat starsza. Miała na sobie białą długą suknię, postrzępioną na końcach, długie, fioletowe włosy sięgające, aż do pasa. Była piękna, dumna a zarazem przerażająca. Lecz to wszystko dałoby się znieść gdyby nie jej oczy, właściwie nie było tam oczu, oczodoły wypełniał szaro czarny dym. Gdy w nie spojrzałam poczułam, że zaczyna mi się kręcić w głowie. Ostatnie co pamiętam to to, że kobieta uśmiechnęła się do mnie, a ja zemdlałam.

Gdy się ocknęłam leżałam na jakimś łóżku, tylko tyle udało mi się stwierdzić, ponieważ nie mogłam otworzyć oczu. Czułam, że ktoś mi się przygląda, niestety nie mogłam stwierdzić kto. Usłyszałam jakieś głosy.
- Jak to nie mogę tu wejść?
- Trzeba dać jej odpocząć. - Powiedział drugi głos. Po chwili milczenia usłyszałam, że drzwi do pokoju się otwierają. Słyszałam skrzypienie podłogi, gdy ten ktoś zbliżał się do mnie. Zesztywniało mi całe ciało. Nagle poczułam, że ktoś dotyka mojego policzka, było to bardzo przyjemne, czułam jak ktoś jeździ mi po policzku opuszkami palców. Poczułam, że na moją twarz wstąpił delikatny uśmiech. Gdy udało mi się otworzyć oczy, przez chwilę myślałam, że stoi nade mną ten sam mężczyzna, który zabrał mnie z muzeum. Choć byli do siebie bardzo podobni różnili się. Nieznajomy ubrany był w kremowy garnitur i niebieski krawat, i w odróżnieniu do tamtego mężczyzny miał piękne niebieskie oczy i blond włosy. Na jego ustach był widoczny delikatny uśmiech. Zauważyłam, że w pokoju stoi jeszcze mężczyzna, którego poznałam już wcześniej.
- Co się tu dzieje? - Zapytałam prawie szeptem.
- Zemdlałaś. - Odpowiedzieli równocześnie obaj mężczyźni.
- Dlaczego?
- Ponieważ spojrzałaś wprost w oczy kochanej Isolde. –Powiedział niebieskooki
- Kim jest Isolde? – Spytałam.
- Jakby to powiedzieć, powiedzmy, że czymś w rodzaju osoby przypominającej waszą ziemską Wikipedię.
- Teraz wiemy dlaczego straciłaś pamięć. - Powiedział mężczyzna w czarnym garniturze, a ja spojrzałam na niego.
- Ktoś ci wyczyścił ci pamięć. - Powiedział
- Co?
- Tak naprawdę urodziłaś się w 1478 roku, gdy miałaś 16 lat zgubiłaś się w lesie i mój kochany brat Domnall cię tam odnalazł. Potem zabrał cię do siebie i tak nas poznałaś, spędziłaś z nami parę miesięcy, a później… - Urwał.
- Co, później?
- Zniknęłaś, chociaż myśleliśmy, że ktoś cię zamordował. - Powiedział niebieskooki.
- Kim jest ten Domnall? - Niebieskooki uśmiechnął się i powiedział :
-To ja, a to mój brat bliźniak Adian – Wskazał na mężczyznę w czarnym garniturze.

…………………………………………………………………………………………

– A, skoro już zapoznałaś się z królestwem mojego brata to chyba czas bym pokazał ci moje. - Złapał mą dłoń i nim się obejrzałam stałam na posadzce z marmuru a wokół mnie roztaczał się piękny widok. Byliśmy gdzieś bardzo wysoko ponad chmurami, przed nami stał piękny pałac z białego kamienia i złotymi elementami. Za nami znajdowała się srebrna brama, a za nią widać było piękne miasto skąpane w złotobiałych kolorach. Dookoła roiło się od ludzi ubranych w piękne białe szaty z majestatycznymi, białymi jak śnieg skrzydłami. Domnall zaproponował mi swoje ramię i powiedział :
- Chodź oprowadzę cię. – Chwyciłam go niepewnie i ruszyliśmy. Zamek był jeszcze piękniejszy w środku, niż na zewnątrz. Piękne białe ściany ozdobione cudownymi obrazami, szklany dach, przez który wpadało słońce. Gdy przyjrzałam się obrazom jeden bardzo mnie zaskoczył, bo przedstawiał on mnie.
- Czy, czy to ja? –Zapytałam.
-Tak, kazałaś namalować sobie portret i go tu powiesić. –Odpowiedział.
- I ty na to pozwoliłeś? Naprawdę musieliśmy być dobrymi przyjaciółmi.
- Tak, szkoda, że już nic nie pamiętasz... - Nagle wzdrygnął się.
– Och już czas! Przepraszam cię na chwilę zaraz wrócę. – Powiedziawszy to, rozpłynął się w powietrzu.
Przyjrzałam się swojemu portretowi, byłam na nim ubrana w granatową balową suknię, moje czarne loki miałam upięte w elegancki kok lecz to mój wisior przykuł moją uwagę, nie wiedziałam, że miałam go już wtedy. Rozejrzałam się po pałacu, był on cały pokryty złoto białymi barwami, wszystko było tu takie piękne, tak piękne, że miałam ochotę zwymiotować. Wyszłam na taras, znajdował się tu cudowny widok, słońce już po woli zachodziło i pojawiały się już pierwsze gwiazdy, niebo miało pomarańczowo niebieską barwę. Pode mną znajdowały się chmury, ten widok zapierał dech w piersiach, czułam jak wiatr delikatnie rozwiewa moje włosy, było to bardzo przyjemne. I nagle coś mi się przypomniało, rodzice, jak to możliwe, że w ogóle o nich nie pomyślałam. Pewnie siedzą teraz zmartwieni w salonie, jeśli jutro nie wrócę na pewno zaczną mnie szukać, tylko jak znajdą mnie w podniebnym królestwie? Ta myśl mnie ożywiła, muszę wrócić do domu, co ja sobie myślałam przychodząc tu? Właściwe zostałam porwana, ale nawet nie myślałam o wydostaniu się stąd.
- Chcesz wrócić do domu? –Powiedział ktoś za mną. Zaskoczona krzyknęłam i obróciłam się, na tarasie przy szklanych drzwiach stała Isolde, na szczęście jej oczy nie były już wypełnione czarnym dymem tylko szaro fioletowe.
- Ty… ty jesteś Isolde? – Przytaknęła
- Chcesz wrócić prawda? –Zapytała. Kiwnęłam niepewnie głową.
- To wróć. –Nie takiej odpowiedzi się spodziewałam, jak mam niby wrócić jestem z jakieś 10000 metrów nad ziemią!
- Jak? – Zapytałam. Isolde spojrzała na mój naszyjnik.
- Naszyjnik, on ci w tym pomorze. – Spojrzałam na nią licząc na więcej wyjaśnień, lecz ta tylko uśmiechnęła się i podeszła do mnie.
- Świetnie. - Mruknęła sam do siebie. Dotknęła mojego naszyjnika, zadziało się to tak szybko, że nie zdążyłam zareagować. Mój naszyjnik poruszył się niespokojnie na mojej szyi i nagle sam z siebie zerwał się poleciał w dół ciągnąc mnie za sobą. Wrzasnęłam, nadal trzymając naszyjnik w ręce. Ściskałam go tak mocno, że poczułam jak wbija mi się w rękę. Widziałam ziemię pode mną, zamknęłam oczy i przygotowałam się do upadku. Gdy otworzyłam oczy wszystko mnie bolało, ale żyłam! Żyłam. Jakim cudem udało mi się przeżyć? Po chwili zauważyłam, że z mojego naszyjnika wypływa poświata, którą jestem otoczona. Naszyjnik… to naszyjnik mnie uratował. Wiedziałam, że nie jest on zwykłym wisiorkiem, ale nie wiedziałam, że ma aż taką moc. Wstałam, nogi bolały mnie niemiłosiernie, poświata która mnie otaczała znikła, a naszyjnik jakby nigdy nic leżał spokojnie w mojej dłoni. Rozejrzałam się, byłam po środku jakiegoś lasu, słońce już zachodziło więc zaraz będzie tu zupełnie ciemno. Ruszyłam przed siebie, teraz to ja mam przechlapane, rodzice pewnie wariują z niepokoju, a ja utknęłam w jakimś lesie. Naprawdę lepiej by było zostać w tym pałacu, przynajmniej było tam ciepło. Znalazłam jakąś jaskinię, po upewnieniu się, że jest ona pusta skuliłam się w koncie i zaszlochałam. Zwykle rzadko płaczę, ale teraz był to raczej płacz nad tym w jak żałosnej sytuacji się znalazłam. Słońce już zaszło, a ja siedziałam tak skulona i szlochałam, mogłabym rozpalić ogień i się ogrzać tylko problem w tym, że nie miałam pojęcia jak.
- Dlaczego płaczesz młode dziewczę? – Odezwał się jakiś głos, który wydobywał się z głębi jaskini. Przestraszyłam się, myślałam, że nie ma tu nikogo prócz mnie.
- Ktoś … ktoś tu jest?
- Niewiarygodne, że mnie jeszcze nie zauważyłaś. –Nagle mój cały strach odpłynął.
- Od jak dawna tu jesteś?–Zaśmiał się cicho i powiedział
- Złotko jestem tu cały czas.
- Złotko ? serio? - Pomyślałam.
- Czemu się nie pokażesz? –Zapytałam.
- Ymm … a kto powiedział, że się nie pokażę? – Po tym jak to powiedział z cienia wszyła postać, był to chłopiec, wyglądał na 11-12 lat, ubrany był w strój składający się z futra i skóry. Miał czarne włosy sięgające prawie do ramion i… uszy kota.
- Co, na co się gapisz? –Spytał bo wpatrywałam się w niego powstrzymując śmiech.
-Ty… - Wzięłam głęboki wdech by się uspokoić - Ty…ty masz uszka!
- No i co z tego? -Pogładził się po jednym z nich
-Nic… - Nie mogłam już wytrzymać i wybuchnęłam śmiechem. Chłopak zmarszczył brwi i powiedział:
- Ludzkie kobiety są dziwne…
- Powiedział gościu z uszkami kotka i pomyśleć, że się ciebie bałam.
- Ludzka kobieto, ja nazywam się Raahi a twoje imię to?
- Marja Casella, ale możesz mi mówić Mija.
- Do ciebie pasowałoby bardziej Hemakshi.
- Hema-kshi?
Przytaknął.
- Nie będzie ci przeszkadzać jeśli będę do ciebie tak mówić?
- Mówić? Masz zamiar zawiązać dłuższą znajomość? –Spytałam.
- Mhm, mam zamiar pomóc ci się stąd wydostać.
- Skąd wiesz że chcę się stąd wydostać? Umiesz czytać w myślach?
- Nie, sama mi to powiedziałaś.
- Kiedy?
-Teraz. - Wywróciłam oczami, ten gościu zaczyna mnie wkurzać.
- Dobra, a jaki jest haczyk?
- Nie ma. - Spojrzałam na niego i zmrużyłam oczy, co on kombinuje?
- Gadaj, wiem że masz jakiś powód.
Westchnął i powiedział:
- Jeśli ci pomogę wyjść z tego lasu, ty użyjesz swojego naszyjnika i zdejmiesz ze mnie klątwę.
- Klątwę? To dlatego jesteś pół kotem?
- Co? Nie mój wygląd jest w stu procentach naturalny. Ciąży na mnie klątwa białego smoka.
-To… na czym ona niby polega? –Zapytałam.
- Nie mogę chodzić za dnia, więc możemy poruszać się tylko nocą. –Popatrzyłam na niego ze skrzywionym wyrazem twarzy, nie podobał mi się pomysł chodzenia po lesie z dziwnym kolesiem na dodatek w nocy. Bo wiecie ja strasznie boję się ciemności.
- Nie mów mi tylko, że boisz się ciemności. –Powiedział ze złośliwym uśmieszkiem.
- Coooo? Ja i strach przed ciemnością… pff za kogo ty mnie masz?
- Czyli się boisz?
- Taaak. A do tego jak ja niby mam cię wyleczyć z tej klątwy?
- No…przy pomocy naszyjnika. - Spojrzałam na mój naszyjnik i pomyślałam ,,ile to cholerstwo potrafi?”. - A niby jak ja mam to zrobić? - Mruknęłam, niestety Raahi, czy jak mu tam usłyszał, a no tak te ,,kocie” uszy.
- Nauczysz się. –Powiedział, a potem złapał mnie za rękę.
- A teraz chodź musimy ruszać póki księżyc świeci na niebie. - Pociągnął mnie za sobą i ruszyliśmy w głąb mrocznego lasu.


Rozdział 3

Szliśmy przez las całą noc. Byłam wykończona, nogi bolały mnie niemiłosiernie, a głowę przeszywał tępy i uciążliwy ból. Opadłam na kamień i westchnęłam.
- Mam dość. –Oświadczyłam.
- Nie mamy czasu na odpoczynek zaraz zacznie świtać. - Odpowiedział Raahi, pół chłopak pół kot.
- Jakim cudem się jeszcze nie zmęczyłeś?
- Jak sama to określiłaś jestem pół człowiekiem pół kotem.
- A no… fakt, ale mój kot woli raczej leżeć na fotelu i spać, albo wyżywać się na mojej nodze, by dostać cos do jedzenia.
- Ziemskie koty są strasznie leniwe.
- Ziemskie? To ty nie jesteś stąd?
- A czy wyglądam jakbym był z tej planety? – No w sumie nie za bardzo z jego głowy sterczał dwa słodkie kocie uszka w kolorze jego czarnych włosów, był ubrany w coś co chyba miało być zbroją. Zobaczyłam też, że jego oczy świecą na różowo, a z ust wystają małe kły. Musiałam to przyznać był przeuroczy.
- Szczerze to nie, ale naprawdę muszę to powiedzieć jesteś taki słodki!
- Słodki? Co to znaczy ?–Zapytał, choć oblał się lekkim rumieńcem więc pewnie uznał to za komplement.
- Jakby to wytłumaczyć … jadłeś kiedyś coś słodkiego jakiś cukierek no wiesz…
- Dobra, dobra nie musisz tłumaczyć, rozumiem, nie nazywaj mnie tak. –Zarumienił się tak bardzo, że przypominał dojrzałego buraka.
- Czemu? Przecież to komplement.
- Nie, to nie jest komplement, na mojej planecie to obraza a w szczególnie dla kogoś w moim wieku, jestem już dorosły! –Gdy to powiedział myślałam, że się rozpłynę, on naprawdę był uroczy.
- Tak, tak jesteś już duży… -Raahi spojrzał na mnie wzrokiem mordercy, a jego niebieskie oczy zalśniły niebezpiecznie, pomyślałam, że lepiej zmienić temat.
- A tak w ogóle to czemu pasuje do mnie imię Heamkshi?
- Nie wiem tak jakoś, a do tego twoje złote oczy naprawdę się wyróżniają.
- Złote?- Zapytałam, zawsze myślałam, że zielone. - A przypadkiem nie zielone?
- Nie, spójrz- Pstryknął palcami i w jego dłoni pojawiło się srebrne lusterko, nie zrobiło to na mnie jako takiego wrażenia, myślę, że po tym co ostatnio się wydarzyło nic mnie już nie zaskoczy.
Przyjrzałam się swojemu odbiciu i faktycznie moje oczy nie były jak zwykle szmaragdowe tylko złote.
- Nie rozumiem, jestem pewn,a że moje oczy były zielone.
- Myślę, że to skutek uboczny używania naszyjnika. - Odpowiedział Raahi.
- Skutek uboczny… - pomyślałam- Czy może stać się coś gorszego jeśli będę go za często używała?
-Dobra, dość odpoczynku, idziemy. –Powiedział Raahi by przerwać ciszę.
Ruszyliśmy dalej, moje nogi wręcz błagały o odpoczynek, ale tego pacana za nic nie dało się przekonać do odpoczynku. Powoli zaczynało już świtać więc Raahi znalazł nam jakąś jaskinię. Wglądała dość podejrzanie i niebezpiecznie, ale gdy chłopak pstryknął palcami po obu bokach jaskini pojawiły się dwa ogromne łoża. Podłoga nie była już zimną skałą tylko dębowymi deskami, a całą jaskinię wypełnił przyjemny zapach, którego nie jestem w stanie opisać.
Jednak coś jest w stanie mnie zaskoczyć. Podeszłam do jednego z łóżek i gdy moje ciało zetknęło się z mięciutkim materacem zasnęłam. Obudził mnie trzask łamiącej się gałęzi. Otarłam oczy i rozejrzała łam się, nie zobaczyłam niczego podejrzanego, było to zwyczajne wiosenne południe, dla pewności wstałam i wyszłam z jaskini. Wszystko wyglądało zwyczajnie tak jak wcześniej. Gdy już miałam wracać ktoś powiedział:
- Mija? –Odwróciłam się i wytrzeszczyłam oczy, przede mną stał chłopak, chłopak który wcześniej dał mi wisiorek.
-Ty jesteś tym chłopakiem od wisiorka?
-Tak, ale co ty tu robisz?
- O to samo mogłabym zapytać ciebie.
-Tak, tylko to ja zapytałem pierwszy. –Westchnęłam, jak ja mam mu to niby powiedzieć?
- Zwiedzam, a ty?
-To samo. Tylko ja nie śpię w jaskini. - Zatkało mnie, teraz to dopiero nie mam co powiedzieć, myślałam, że Raahi rzucił na jaskinię jakiś czar niewidzialności czy coś w ten deseń. Wiem! Naszyjnik. Zdjęłam z szyi wisiorek i przystawiłam do twarzy chłopaka, tak wiem, że to głupie, ale wtedy wydawało się to takim dobrym pomysłem.
- Nie widziałeś jaskini… nie widziałeś jaskini. - Mówiłam machając mu wisiorkiem przed twarzą.
- Przestań nie jesteś żadnym Jedi, zresztą twój wisiorek nie potrafi takich rzeczy.
- Nie widziałeś … zaraz co? - Przestałam machać naszyjnikiem, nie podziałało szkoda. -Ty… wiesz o naszyjniku? - Szepnęłam
- Tak… i wiesz, że nie musisz szeptać, jesteśmy w lesie.
- Nie ważne, skąd wiesz o naszyjniku? -Powiedziałam już normalnie.
- W magicznym świecie wszyscy o nim wiedzą.
- Czekaj, czekaj to ty czym do jasnej ciasnej jesteś?
- Jestem wampirem. -Powiedział to taki tonem jakbyśmy rozmawiali o pogodzie.
- Kolejny nienormalny typek… a już myślałam, że będziesz jedyną normalną osobą.
- Przejdźmy do rzeczy, za ile go sprzedaż?
- Nie sprzedam go.
- Dlaczego?
- Bo… to pamiątka rodzinna.
- Oh przestań, wiem, że go ukradłaś, niby czemu cię wtedy zabrali?
- Nie ukradłam go! Z resztą to myślałam, że wyczyścili wam pamięć.
- Jak ci już mówiłem jestem wampirem dla mnie to codzienność, chodź teraz dla ciebie też będzie, bo naszyjnik wreszcie zaczął działać.
- To wcześniej nie działał?
- A czy wcześniej robił te wszystkie rzeczy, czy wcześniej widziałaś demony?
- No … nie, ale ciebie widziałam wcześniej. - Kris, bo chyba tak ma na imię, zrobił oburzoną minę.
- Wypraszam sobie nie jestem demonem.
- To niby czym?
- Pół demonem, moja matka to człowiek.
- Myślałam, że wampiry powstają od ugryzienia.
- Mit stworzony przez ludzi, to jakiej rasy będziesz wynika z tego jakiej rasy był twój demoniczny rodzic.
- Czyli twoim rodzicem był demoniczny wampir? Sorry, ale jak dla mnie to nie ma sensu. - To drugie dopowiedziałam sobie w myślach.
- Można tak to nazwać … chodź nie jest to do końca prawdą.
- A wracając do tematu naszyjnika to tak się składa, że … -Tutaj zajęłam się tłumaczeniem wszystkiego co się dzisiaj stało, gdy skończyłam Kris patrzył na mnie z otwartymi ustami i oczami w wielkości piłek tenisowych. Na chwilę zapadła cisza.
- Wo. Poznałaś dwóch największych bogów za jednym zamachem.Większość magicznych stworzeń i demonów może tylko o tym pomarzyć, a co dopiero taka zwykła śmiertelniczka. - Powiedział pełnym uznania oraz podziwu głosem.
- Szczerze to znałam ich już dużo wcześniej...
- Co? Kiedy? Czemu nic nie mówiłaś!
- A jak miałam ci niby powiedzieć, skoro najprawdopodobniej nie było cię wtedy na świecie?
- Heh, kochana ja nie jestem tak młody na jakiego wyglądam.
-To ile ty masz właściwie lat?
- Sporo urodziłem się w 1926 roku więc wiesz tak z osiemdziesiąt parę.
- O, w porównaniu do mnie jesteś jeszcze dzieckiem. -Kris spojrzał na mnie z zaciekawioną miną.
-Tak w sumie to urodziłam się w 1478 roku, więc to trochę dawno.
- W 1400 którym?! A myślałem, że to ja jestem stary.
- Tak, ale ja nie mam wspomnień z tamtych czasów… - Powiedziałam o dziwno z smutkiem w głosie.
- Ktoś ci je usunął…tak? - Przytaknęłam. - Z tego co wiem potrafi zrobić to tylko jedna osoba.
- Kto? -Zapytałam wyraźnie ożywiona, jeśli dowiem się kto usunął mi pamięć będę mogła dowiedzieć się również dlaczego to zrobił.
- To… - I w tym momencie w Krisa walnął piorun, bo czemu by nie?
- Kris!! - Wrzasnęłam na całe gardło, wszystko w około paliło się tylko nie ja, naszyjnik znowu mnie ochronił. Złapałam Krisa za obie ręce i powlekłam w stronę jaskini.
- Raahi! Raahi! Idioto wstawaj! – Położyłam Krisa na łóżku.
- Ymm. - Raahi przeciągnął się na łóżku i lekko uchylił oczy. - Co…co się stało?
- Spojrzał na Krisa, momentalnie wstał na nogi i podbiegł do mnie.
- Co…co to za chłopak? Co mu się stało!
- Walnął w niego piorun! Tak po prostu! - Raahi uniósł prawą dłoń nad Krisem i narysował w powietrzu dziwny symbol, znak zapłonął i wtopił się w ciało Krisa.
- Co mu zrobiłeś?
- To runa lecząca, ten gościu ma niezłe poparzenia.
- To na pewno zadziała?
- Zadziała, przekonałem się o tym na własnej skórze. - Spojrzałam na niego zdziwiona.
- No co, myślisz, że jak się przedostałem przez waszą ziemską atmosferę? Uwierz nie jest to przyjemne doświadczenie.
- Ymm, dobra okej … czyli na pewno nic mu nie będzie?
- Na pewno. - Odpowiedział Raahi trochę za ostro.
Usiadłam obok Krisa, może nie znałam go za dobrze, ale jednak chodziłam z nim na ten angielski, no i może będzie mi wdzięczny za uratowanie życia i się wreszcie odczepi.
- To twój chłopak? - Zapytał Raahi.
- Co? Nie, nie, nie!
- A chciałabyś prawda?
Possałam mu wzrok mordercy.
- Nie, ledwie go znam.
- Co z tego? Jest przystojny, co nie?
Westchnęłam .
-Ty chyba naprawdę nigdy się nie zakochałeś.
Raahi zarumienił się lekko i powiedział.
- A ty niby to co?
To było trudne pytanie, nigdy nie miałam chłopaka, ale czułam się tak jakbym była już w kimś zakochana, było to dziwne uczucie może to przez tą amnezję, może kochałam już kogoś, ale tego nie pamiętam?
- Tak.
Skłamałam, Raahi chyba to zauważył, ale nie drążył tematu.
Nagle Kris usiadł na łóżku spychając przy okazji mnie.
- Co się stało?
- Według Miji walnął cię piorun.
Na Krisie nie zrobiło to większego wrażenia, lecz po chwili rozszerzył oczy.
- Mija, ale ty mnie chyba nie uratowałaś?!
Mówiąc to złapał mnie za ramiona.
- Ymm, właściwie to tylko cię stamtąd zabrałam. To Raahi…
- Nie! Nie, nie, nie!
Wykrzyknął Kris przerywając mi. Ja i Raahi popatrzyliśmy na siebie.
- Co niby źle zrobiłam?
- Dlaczego mnie stamtąd zabrałaś?
- A miałam cię tam zostawić?
- Tak!
Teraz to już nic nie rozumiałam, koleś był cały oparzony, a ja miałam go tam zostawić?
- Jeśli uratujesz życie wampirowi ten będzie musiał oddać ci przysługę. -Wyszeptał Raahi.
Spojrzałam na Raahiego, a potem na Krisa.
- Świetnie! -Powiedziałam po chwili. - Możesz stąd iść, będzie to dla mnie największa przysługa.
- Nie! -Wykrzyknął Raahi.
- Co? Czemu nie?
- Jeśli to zrobisz ja umrę. -Wymamrotał Kris.
Spojrzałam na niego zdziwiona.
- Jeśli ty uratowałaś mi życie to ja muszę zrobić to samo. -Wytłumaczył.
- A dopóki tego nie zrobisz będziesz za mną łaził?
- Niestety. - Odpowiedzieli równocześnie Raahi i Kirs.

Rozdział 4

Gdy tylko słońce zaszło ja, Raahi i Kris ruszyliśmy dalej, już nawet nie myślałam o rodzicach na pewno zamartwiają się o mnie a ja w tym czasie szwendam się po lesie z człowiekiem kotem i ludzką pijawką, świetnie.
Zastanawiałam się, czy Adian i Domnall zauważyli moje zniknięcie.
Była jeszcze jedna rzecz która nie dawała mi spokoju, wiedziałam, że zostałam adoptowana gdy miałam 14 lat, ale nie pamiętam nic co działo się wcześniej. Teraz wiem że wyczyszczono mi pamięć, ale co robiłam prze te pięćset ileś lat? Byłam zamrożona, w śpiączce? Z zamyślenia wyrwał mnie głos Krisa.
- Chwila czekajcie!
Ja i Raahi spojrzeliśmy na niego zamyśleni.
- Wiem, że nie idziemy dosyć długo, ale przecież zawsze jest dobra chwila, by się napić co nie? - Kontynuował Kris.
-Tak. -Powiedział Raahi.
- Nie! Nie wiem jak wam, ale mi się śpieszy.
- Proszę. -Powiedzieli równocześnie obydwaj patrząc na mnie oczami szczeniaczka, wetchnęłam.
- Dobra, ale tylko chwila!
Kris i złapał Rahiego za rękę i wskazał na dużą skałę przed nami.
- To tam, jeśli się boicie zamknijcie oczy.
- Puść moją rękę. -Powiedział Raahi próbując wyszarpać się z uścisku Krisa. Najwyraźniej Kris nie wziął sobie do serca prośby Raahiego, bo złapał go mocniej i pociągnął w stronę skały. Po chwili zniknęli w środku.
Zamknęłam oczy i rozpędziłam się.

…………………………………………………. stałam jeszcze chwilę dopóki nie uświadomiłam sobie, że jestem w środku. Wnętrzne było dość przytulne podłoga była wyłożona drewnem, wokół mnie poustawiane były stoliki, w środku było całkiem tłoczno. Rozejrzałam się po pomieszczeniu Raahi i Kris siedzieli już przy jednym ze stolików.
- Ymm, Kris co to za miejsce?
Okej może i na początku wydawało się przytulne, ale gdy rozejrzałam się po osobach które tu przesiadują, powiedzmy, że zrobiło się mniej przyjaźnie.
- O, to…to jest mój ulubiony bar od 1978!
- Nie no spoko, ale czemu wszyscy, którzy tu są gapią się na mnie jakbym miała ich zabić?
- To przez naszyjnik. -Tym razem odezwał się Raahi.
Spojrzałam na mój wisiorek, co jest w nim takiego niebezpiecznego? Jak na razie tylko mnie chronił więc nie może być taki zły, co nie?
Już miałam się spytać co jeszcze on potrafi lecz Raahi i Chris zrobili wielkie oczy i westchnęli. Gdy się odwróciłam zobaczyłam tam nikogo innego jak Adiana. Wszyscy w barze patrzyli na niego z powagą i szacunkiem. Gdy Adian wreszcie mnie zobaczył zrobił minę, której chyba nigdy w życiu nie zapomnę, na jego twarzy odmalował się wyraz kompletnego zaskoczenia pomieszanego z konsternacją.
- Marja? Co ty tu robisz?
Wzrok wszystkich skierował się na mnie.
- Możemy porozmawiać w cztery oczy?
Adian zmarszczył brwi i kiwnął głową.
Jedynym miejscem gdzie nie było ludzi okazała się damska toaleta.
Opowiedziałam w skrócie co wydarzyło się odkąd opuściłam jego pałac, nawet nie wiecie jak trudno mówi się o tym na poważnie.
- Jak to Isodel cię zepchnęła?! Dlaczego?
- A skąd ja niby mam to wiedzieć?
- Dziwne, nam powiedziała, że odesłała cię do domu. - Powiedział krążąc po pomieszczeniu.
- A właśnie jeśli chodzi o…
- Pójdę ją o to zapytać. -Powiedział przerywając mi.
- Nie, chwila, poczekaj, czy mógłbyś mnie … - Nie dokończyłam bo Adian rozpłynął się w powietrzu. Świetnie, czyli nie odeśle mnie do domu, dzięki że dałeś mi dokończyć.
Wróciłam do Raahiego i Krisa, po drodze oczywiście wszyscy gapili się na mnie jak na chodzące dzieło sztuki.
- Nie mówiłaś, że znasz boga Adiana! - Krzyknął Raahi.
- Ymm, nie pytałeś.
- Adian jest moim mentorem. - Powiedział Raahi rozmarzonym tonem.
- Ale Domnall też jest ekstra! Zawsze marzyłem o spotkaniu z nimi.
Gdy Krsi wrócił z jedzeniem uświadomiłam sobie jak bardzo jestem głodna. Nie minęło pięć minut, a ktoś oczywiście musiał przerwać mój posiłek. Tym razem była to dziewczyna, na pozór normalna lecz gdy przyjrzałam się jej dokładniej zobaczyłam że z jej pleców wyrastają motyle skrzydła a z głowy dwa czarne czółki. Dziewczyna była ubrana w sukienkę z fioletowych liści. Jej blond włosy były ozdobione złotymi liśćmi i gałązkami, co uwierzcie mi wyglądało dość dziwnie.
- Pomocy! - Wykrzyknęła. - Proszę pomóżcie mi! Moja wioska płonie!
W barze zapadła cisza, dopiero po chwili ktoś wybuchnął śmiechem a reszta osób poszła w jego ślady. Nic nie rozumiałam co jest w tym takiego śmiesznego. Spojrzałam na Krisa.
- Ta dziewczyna to pół motyl, jej demoniczny rodzic to właśnie motyl, większość z nas uważa je za śmieszne i bezużyteczne.
- Co? To okropne! Musimy jej pomóc, czy coś.
- Nie, ja nie mam takiego zamiaru, nie chcę do końca mojego życia, czyli zapewne jeszcze długo, mieć zrujnowanej reputacji bo jej pomogłem.
- Dobra, jak chcesz. Chodź Raahi idziemy, co nas interesuje ta pijawka.
Minęła chwila zanim załapał.
- Nie! Chwila czekaj! Jeśli mnie zostawisz ja...
- Wiem. - Przerwałam mu i ruszyłam w stronę dziewczyny.
- Dobra, niech ci będzie.
Podeszliśmy do dziewczyny, stała ze spuszczoną głową, gdy ją uniosła zobaczyłam, że w jej szarych oczach jest pełno łez.
Pociągnęła nosem i zapytała:
- Czego chcecie?
- Przyszliśmy ci pomóc.
- Ja robię to tylko dlatego, że mnie zmusili. -Dodał Kris.
Posłałam mu krwiożercze spojrzenie. Najwyraźniej na dziewczynie nie zrobiło to wrażenia bo uśmiechnęła się promiennie.
- Dziękuję.
Gdy tylko wyszliśmy na zewnątrz dziewczyna krzyknęła:
- Biegnijcie za mną!
Po dziesięciu minutach biegu dotarliśmy na miejsce. Wioska cała płonęła. Podeszła do nas kobieta bardzo podobna do dziewczynki.
- Mamo!
Obie wpadły sobie w ramiona, poczułam się trochę niezręcznie.
- Mamo, przyprowadziłam ludzi, którzy nam pomogą.
Kobieta spojrzała na nas.
-Myślałam, że będzie ich więcej, no ale cóż lepsze co niż nic. Tam macie studnię użyjcie swoich mocy, by sprowadzić wodę na palące się domy.
Na początku nie rozumiałam o co jej chodzi po chwili jednak załapałam, ona myśli, że jesteśmy czarodziejami czy czymś w tym stylu. Wiem jedno, trochę się zawiedzie. Nim jednak zdążyłam coś powiedzieć Raahi podszedł do studni a z niej wytrysnął strumień wody.
Aha, czyli tylko ja i Chris jesteśmy bezużyteczni. Spojrzałam na Krisa lecz ten trzymał już w ręku trzy beczki z wodą i rzucał nimi w budynki.
Poprawka tylko ja jestem bezużyteczna. Stałam tak chyba z pięć minut i obserwowałam poczynania Raahiego i Krisa. Nagle poczułam palący ból w nodze, gdy na nią spojrzałam zobaczyłam, że cała płonie. Na początku tylko na nią patrzyłam, a później chyba wrzasnęłam, choć nie jestem pewna, czy można to tak nazwać. Mój naszyjnik poruszył się na mojej klatce piersiowej i po chwili rozbłysło z niego światło, tym razem było ono jeszcze jaśniejsze niż za pierwszym razem. Gdy światło zgasło nie tylko moja noga była ugaszona i uleczona lecz cała wioska. Owszem mogłoby się wydawać, że wszystko jest okey, lecz niestety nie było. Moja ręka nie wyglądała tak jak wcześniej była pokryta złotem. Ruszanie nią nie sprawiało mi bólu lecz szło bardzo opornie. Poczułam, że kręci mi się w głowie. Ostatnie co pamiętam to Krisa i Raahiego biegnących w moją stronę.
Obudziłam się leżąc na jakiejś starej kanapie, wokół mnie było mnóstwo ludzi których nie znałam, wszyscy mieli motyle skrzydła i przyglądali mi się z fascynacją. Spojrzałam na moją ręke, niestety nadal była złota. Rozejrzałam się po pokoju, wszyscy podążali za moim wzrokiem jakbym zaraz miała pokazać im coś fascynującego.
Spojrzałam na drzwi,Kris stał oparty o ich framugę. Chyba był z siebie zadowolony, bo uśmiechał się pod nosem. Niespodziewanie do pokoju wbiegł Raahi. Był cały rozstrzęsiony, jego różowe oczy były podpuchnięte i pełne łez.
- Raahi? Ty...płakałeś? - Zapytałam zaskoczona.
Raahi spojrzał na mnie czerwony ja burak i otarł łzy.
- Coś...coś mi wpadło do oka.
-Ta i dlatego płakałeś od dobrej godziny? –Powiedział Kris z uśmieszkiem mówiącym ,,dzieciuch".
- Nie płakałem! Mówię ci, że wpadło mi coś do oka! -Zaprzeczał Raahi rumieniąc się coraz bardziej.
Nagle ktoś bardzo delikatnie zapukał do drzwi. Jedna z kobiet, które stały nade mną poszła je otworzyć. Gdy zobaczyłam kto stoi za drzwiami była pewna, że mam zwidy. Była to Isodel, spojrzała na osoby, które stały wokół mnie, a te natychmiast wyszły z pomieszczenia. Rzuciła jedno spojrzenie na Krisa i Raahiego, a później skoncentrowała się na mnie. Przeszedł mnie dziwny dreszcz. Po chwili Isolde powiedziała:
- Nie sądziłam, że wyrzuci cię aż tak daleko od domu.- Westchneła. - No cóż poniekąd to moja wina, więc ... - Wyciągneła do mnie dłoń. - Chodź odprowadzę cię do domu. Spojrzałam na nią niepewnie. - Bez obaw twoi przyjaciele też trafią do domu.- Był taki moment kiedy już miałam się zgodzić, ale jedno spojrzenie na Raahiego odwiodło mnie od tej propozycji. Jego oczy mówiły same za siebie ,,nie ufaj jej!"

























Wyszukiwarka

Odwiedza nas 93 gości oraz 0 użytkowników.